Gruzja – od niej co prawda nie zaczęło się wszystko, ale miała ogromne znaczenie w rozwoju dalszych naszych planów na przyszłość. Dla mnie, Adama i Grypsa była to pierwsza wizyta w tym gościnnym kraju. Marcin odwiedzał Gruzję już drugi raz, ale tym razem z zamiarem wejścia na Kazbek. Dla nas Kazbek i Tetnuldi były głównym powodem podróżowania w te strony. Jak się okazało, Gruzja uwodzi nie tylko dzikimi górami Kaukazu. Jej smaki, kolory i barwy uwiodą chyba każdego… To miejsce w którym (prawie) każdy znajdzie coś dla siebie.
Sierpień 2013 roku, po całonocnej podróży z przesiadkami, lądujemy na lotnisku w Tbilisi. Przez poznanego na forum człowieka, mamy załatwionego kierowcę, który czeka na lotniku z wypisanymi na kartce naszymi imionami. Juri, bo tak nazywa się kierowca, czeka na nas o 4:00 rano, uśmiechnięty od ucha do ucha. Wita nas oczywiście po rosyjsku. Rosyjski zna tu prawie każdy, a z naszej strony? Adam zapowiedział przed wyjazdem, że on podejmie się każdej rozmowy po rosyjsku, uczył się wszakże tego języka przez całe technikum. Skoro tak, natychmiastowo zostaje oddelegowany do rozmowy z Jurim. Zaczynają się schody, Adama tok myślowy w j. rosyjskim trwa wieki, ostatecznie mówi do Juriego po polsku dodając jakiś dziwaczny, rosyjski akcent. Juriemu to nie przeszkadza w rozumieniu nas. W taki sposób będziemy porozumiewać się z większością Gruzinów. Takim ni to polskim, ni to rosyjskim. Juri odwozi nas na dworzec Didube, skąd ruszają marszrutki do Kazbegi. To stąd zaczyna się wyjście na Kazbek.
Dla mnie wejście na Kazbek będzie pierwszym wysokogórskim doświadczeniem, poprzedzone jedynie szybkim kursem turystyki zimowej w Tatrach, i wyjazdach na alpejskie ferraty. Wejście na Kazbek nie wydawało mi się niczym skomplikowanym. Przy dobrych warunkach atmosferycznych to dość prosta góra, bez trudności technicznych. Moją jedyną (i słuszną) obawą była wysokość. O chorobie wysokościowej miałam okazję głównie czytać, poczuć ją było mi dane krótko w Alpach na szczycie Marmolady. Zdecydowanie chciałam uniknąć jej objawów i po przestudiowaniu forumowych porad, zdecydowałam się na profilaktykę Diuramidem – lekiem wspomagającym aklimatyzację. Diuramid wpisuję się w moją listę „poznawanie przez doświadczanie”
"Market Google" - chyba najbardziej rozpoznawalne miejsce w
Kazbegi/Stepancmindzie. To tu jest jeden z ostatnich sklepów, gdzie można
kupić wodę i chleb.
Opuszczamy Kazbegi/Stepancmindę i idziemy w stronę Gergeti. Łada Niva
to wciąż najlepszy i najbardziej popularny samochód, jaki można spotkać w
górskich rejonach dawnego Związku Radzieckiego.
Po dotarciu do Kazbegi, wyruszamy pod kościółek Gergeti. To chyba jedno z najsłynniejszych miejsc Gruzji. Nic dziwnego! Jaki widok – każdy widzi! Kościółek Gergeti oferuje głównie wodę pitną, pobliskie łąki stanowią pola do wypasu krów i koni. Dla nas to przede wszystkim miejsce gdzie spędzamy swój pierwszy biwak. Tu poznajemy się pierwszy raz osobiście z Tomkiem, z którym wcześniej komunikowaliśmy się tylko przez forum e-gory. Zespół gotowy: dwóch Tomków, Adam, ja i Marcin. Ruszamy o świcie. Na dobrą noc zażywamy z Adamem diuramid.
Męska część ekipy.
Tomek, Marcin i Justyna pod kościółkiem.
Ten widok zna każdy podchodzący pod Kazbek.
W promieniach zachodzącego Słońca góra wygląda przepięknie.
Tomek, Marcin i Justyna pod kościółkiem.
Ten widok zna każdy podchodzący pod Kazbek.
W promieniach zachodzącego Słońca góra wygląda przepięknie.
O poranku Kazbek ukazuje się pierwszy raz w całej okazałości – dokładnie taki jak na zdjęciach, taki jak go sobie wyobrażałam. Mój zapał do wszystkiego jest jednak mocno otępiały, nie mam apetytu, siły, jest mi niedobrze. Jestem przerażona… jesteśmy na wysokości lekko ponad 2000 m n.p.m.! To niemożliwe żeby już mnie choroba wysokościowa dopadła?! Analizuję wszystkie posiłki i łykam kolejny diuramid pogłębiając swój parszywy stan. Po kolejnych godzinach zaczynam się orientować, że mój organizm nie toleruje diuramidu zupełnie… Marcin, Gryps i Tomek szybko wyprzedzają nas na naszej trasie i ruszają w długą drogę pod meteo stacje, znajdującą się na wysokości 3600m. Dla mnie to była droga w bólu i w mękach. Diuramid, który miał mi pomóc wbiec na szczyt, właśnie pozbawiał mnie wszystkich płynów z żołądka, zmuszając do regularnych przystanków. Plecak, który ważył kilkanaście kilo, ciążył teraz jeszcze bardziej. Adam nie mógł mi pomóc, był obładowany jeszcze bardziej, zabrał już wszystko co mógł. To Adam nie widział sensu naszego dalszego podchodzenia pod stacje, widział jak się męczę. Dla mnie to była sprawa honoru – zrezygnować na „dzień dobry”? Nigdy! W stanie pół przytomnym udało mi się dojść do popularnego miejsca biwakowego nad rzeką (2700m). Był już wieczór, wiedziałam, że następnego dnia będziemy musieli dogonić chłopaków, którzy są już pod meteo stacją. Czułam, że mamy dalej szansę na wejście, robiło mi się lepiej. Następny dzień bez diuramidu był o niebo lepszy! Adam nie raz wspominał, że moje tempo rzygającego kota jest jego ulubionym. Osobiście wolałabym tego nie powtarzać.
Część ekip do stacji meteo idzie na lekko, powierzając trud niesienia bagaży koniom.
O 11:00 rano docieramy pod meteo stację, znajdujemy namioty chłopaków w gąszczu miasteczka namiotowego i poganiamy ich do wymarszu. Dzisiaj planujemy dojść do plateau, wypłaszczenia przed wierzchołkiem. Tam chcemy rozbić namioty i następnego dnia ruszać na szczyt. Skąd ten plan? Nie mam pojęcia. Większość osób wychodzi na plateau tylko w ramach aklimatyzacji, a szczyt atakuje bezpośrednio ze stacji. Cóż.. wspominałam o nabywaniu doświadczenia? To jeden z TYCH momentów. Podchodzimy pod plateau pomiędzy ścianą z której spadają nieustannie kamienie wielkości różnego rodzaju sprzętu AGD: telewizory, mikrofalówki, lodówki. Z lewej strony mamy zaś lodowiec. Na pierwszy rzut oka – miejsce tak beznadziejne, że żaden normalny człowiek nie zdecydowałby rozbić tu namiotu. Co innego jeżeli mówimy o bardzo zmęczonych ludziach – platformy pod namioty, która napotkaliśmy w tym miejscu były dla nas tak kuszące, że bez zastanowienia zrzuciliśmy cały dobytek z pleców i przystąpiliśmy do rozbijania namiotów. Przyjrzeliśmy się pokrótce spadającym kamieniom z prawej ściany i nasze matematyczne oczy wyliczyły: Eeee tam – nie dolecą!
„Głupcy!” – powiedziała noc…
Gdzieś powyżej stacji meteo.
To byłoby idealne miejsce na biwak...
Noc, której długo nie zapomnę. Kiedy już leżeliśmy w zamkniętych namiotach, dźwięk spadających kamieni roznosił się echem po lodowcu. W rezultacie miało się wrażenie, że te kamienie lądują tuż za naszymi głowami. To nie był jednak koniec naszych zmartwień. Lodowiec przypomniał nam o sobie. On żyje, przemieszcza się, rozstępuje i schodzi. Odgłos pękającego lodowca mroził nocą krew w żyłach. To była chyba pierwsza taka noc kiedy nie mogłam się doczekać dzwoniącego budzika. Zwiastun 2:00 w nocy był jak zbawienie. Chyba nie tylko dla mnie, bo wszyscy zaskakująco szybko opuścili swoje namioty.
Podejście pod szczyt.
Zostawiając namioty, rozpoczęliśmy żmudne podejście na Kazbek. Związaniu liną na lodowcu okazujemy się dużą przeszkodą dla samotnych alpinistów, podchodzących czasami nawet z samymi kijkami trekkingowymi. Kolejne zespoły przeskakują nad naszą liną, próbując nas zgrabnie wyprzedzić, ostatecznie Marcin stwierdza, że trzeba schować wiszące nam przy uprzęży śruby lodowe, gdyż „siara”. Tak też robimy, rozwiązujemy się, linę do plecaka wrzuca Tomek. Dalszą drogę pokonujemy już każdy w swoim tempie.
Wraz z wysokością zerkam na Adama, obydwoje bladzi jak trupy. Adam przyznaje, że nie czuje już stóp. „Nie tym razem, będzie jeszcze szansa” - stwierdzamy. Przepuszczamy kolejne zespoły i powoli zaczynamy nasz powrót do obozowiska. Nie zabrakło nam dużo do wejścia, może warto było jeszcze trochę się przemęczyć. Zawsze, gdy nie wejdziemy, wydaje mi się, że mogliśmy spróbować jeszcze powalczyć. Z drugiej strony, 20 palców dobrze mieć. Obiecaliśmy sobie, że na Kazbek wrócimy, ale już z nartami, chociaż na nartach jeszcze jeździć nie potrafiliśmy.
W końcu na szczycie.
Marcin i Tomek na szczycie.
Nasze miny mówią same za siebie. To był męczący dzień. Na tyle męczący, że koledzy chcieli przyrządzić zupkę chińską razem z opakowaniem.
Poniżej meteostacji czekają nas spore szczeliny.
Te mniejsze można przeskoczyć. Większe trzeba obchodzić.
Dość szybko dochodzimy do pozostawionych pod feralną ściana, namiotów. Postanawiamy się rozgrzać i przespać przed dalszym zejściem. Wysokość daje o sobie znać. Zdjęcie raków, odwiązanie sznurówek – każda zwykła czynność wydaje się być niezwykle wymagająca. Przygotowujemy zupkę knorra pomidorową na rozgrzanie, Adam zalewa „wrzątkiem” gorący kubek, który automatycznie staje się co najwyżej letnim kubkiem. Miękki makaron? Marzenie! W tej temperaturze nie ma on szansy się rozmiękczyć, pozostaje tylko chrupanie lub wypluwanie suchego makaronu. Takie ot uroki wysokich gór…
Jeszcze tego samego dnia schodzimy do kościoła Gergeti, rozmyślając co by było gdyby…
To nie był jednak koniec naszych górskich przygód. Przecież czekało nas jeszcze wejście na Tetnuldi podczas tego wyjazdu!
„Głupcy!” – musiały pomyśleć szczyty …
Krótkie przydatne tipy:
„Głupcy!” – musiały pomyśleć szczyty …
Docieramy do końca lodowca.
Zaczyna pojawiać się pierwsza roślinność.
W Kazbegi czas na zakupy. Woda i piwo to chyba najbardziej poszukiwane produkty.
Krótkie przydatne tipy:
- Diuramid nie zawsze pomaga!
- Najrozsądniejszą opcją jest zdobywanie Kazbeka z meteo stacji po wcześniejszej aklimatyzacji – nie rozbijaj namiotu na lodowcu, jeżeli nie musisz.
- Noszenie wody w butelce przytroczonej do plecaka nie jest dobrym pomysłem, zwłaszcza jeżeli na noc w tej temperaturze nie wrzucisz jej do śpiwora.
- Pomimo tego, że dużo osób na Kazbek wchodzi bez liny, lepiej jest ją mieć ze sobą. Lodowiec każdego sezonu wygląda inaczej. Szczeliny zamykają się i otwierają. Podczas naszego wejścia droga była względnie bezpieczna, ale nie jest taka zawsze.
- W Gruzji znajomość rosyjskiego będzie dla Ciebie pomocna, a brak znajomości Ci nie zaszkodzi.
























